Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

30 sierpnia 2006

[ Film ] Alien Resurrection

Mam mieszane uczucia ilekroć oglądam ten film. Niby wszystko z osobna mi się podoba. Aktorzy - świetne mordy; Pinon, Pearlman, Weaver im starsza, tym lepsza. Reżysera bardzo lubię. Filmowanie mi się podoba. Kilka dobrych dialogów. Nawet cała historia trzyma się kupy i w ciekawy sposób rozwija relacje między Ripley a Alienami.

A mimo to - marne to dzieło. I nie chodzi mi nawet o niemożebności czy głupstwa dotyczące "science" - "fiction" się bez "science" obywa, a zarówno Ridleyowi Scottowi, jak i Cameronowi takie detale jak trzymanie się praw fizyki czy nudnego pragmatyzmu nie przeszkadzały w zrobieniu świetnych filmów.

Co mnie osobiście najbardziej przeszkadza, to krzywda, jaką wyrządzono Alienom. Te piękne stworzenia literalnie umoczono w gównie. Dosłownie: gniazdo Alienów z Resurrection wygląda jakby było umieszczone w Centralnym Zbiorniku Nieczystości USM Auriga. Porównajcie chociażby gniazdo Obcych z "Aliens" (które jest po prostu piękne, wijące się Alieny wyglądają jak żywe reliefy) i gniazdo Obcych z "Alien:Resurrection" (a.k.a. Kloaka). Zwykłe, ohydne, krwiożercze bestie, jak z pierwszego lepszego filmu klasy U z kreską.

28 sierpnia 2006

[ FILM ] Aliens - Director's cut

Kupiliśmy sobie pudełeczko z Alienami #1 - #4.

Zarówno "Aliena" (który w Polsce miał podtytuł "Osmy pasażer Nostromo"), jak i Aliensów znałem ze szczegółami na długo przed tym, jak obejrzałem filmy. Znałem z opowieści kolegi z klasy, który umiał opowiadać porywająco i ze szczegółami, jakie umknęłyby mi w kinie. Oba filmy widziałem nie wiem już ile razy, ale to jest ten rodzaj filmów, w którym podskakuje się w fotelu nawet wówczas, gdy wiadomo, co się za chwilę stanie. Dobre horrory z klimatem i ślicznymi Obcymi.

Aliens, a.k.a. "Space-Rambo" -- skojarzenie prawidłowe, w końcu na co żołnierzom w kosmosie panterki, jeśli nie po to, żeby przywołać widzowi wszystkie te wietnamsko-afgańskie skojarzenia? -- otóż właśnie. Idiotyzmów w filmie znalazłoby się sporo, ale film jest tak zrobiony, że nie ma to najmniejszego znaczenia; więcej, reżyser na spółę ze scenografem wprowadzili może rzeczy -- zdawałoby się -- bezsensowne, jak się chwilę zastanowić, ale za to bardzo skuteczne, jeśli chodzi o osiąganie nastroju. Czarny sierżant z cygarem w zębach, wrzeszczący swoje "All right, sweethearts, what are you waiting for? Breakfast in bed? Another glorious day in the corps! A day in the Marine Corps is like a day on the farm. Every meal's a banquet! Every paycheck a fortune! Every formation a parade! I LOVE the corps! " --- aah, w gruncie rzeczy, straszne głupoty w kontekście lotów międzygwiezdnych i technologii zdolnej produkować androidy, ale pasuje jak ulał -- od razu wiadomo, o co chodzi (a wspominałem o panterkach? To samo).

Director's cut godny polecenia. Niektóre sceny znakomite -- nie ma sensu oglądać Aliens bez nich.

26 sierpnia 2006

[FILM] Tesseract

[ Te sera, sera ]

Tak to jest, że jak się chce zrobić film ambitny, to zazwyczaj wychodzi film pretensjonalny. Nieee, to nie był zły film. Poza tym, oczywiście, że był nudny, pozbawiony poczucia humoru, płytki, głupi, przewidywalny i ogólnie żałosny. Kocham takie filmy, o nich się świetnie pisze. Trochę to jak kopanie leżącego kaleki: sport łatwy, bezpieczny, a przy tym dający rozrywkę.

Chłopcy dokonali spostrzeżenia (po niemiecku mówi się: weltbewegend), że czas jest oddzielnym wymiarem, i że pewne rzeczy dzieją się równocześnie, wydarzenia się zazębiają, a ta sama historia może być pokazana z wielu perspektyw. Dlatego zapewne wybrali sobie tak prostą, nieskomplikowaną i łatwą do streszczenia w najzupełniej konwencjonalny, liniowy sposób historię. Man has drugs, man looses drugs cause he is too dumb to breathe without a manual, mafia gets pissed, man gets killed. Na wszelki wypadek nie komplikowali jej zbytnio, Tarantino hin oder her, ale nie przesadzajmy z inteligencją widowni.

Żeby dać słuszność kobyle, w której ukazuje się wyjaśnienie terminu tesserakt (nota bene błędne), autorzy od czasu do czasu strzelali fotkę zegara pokazującego piętnaście po szóstej i powtarzali ujęcia z minimalnie zmienionej perspektywy (nie, żeby to coś wnosiło, to nie Kurosawa). Na szczęście, tylko na początku filmu, potem dali sobie spokój i skoncentrowali się na zwolnionych zdjęciach. Film przejrzyście oddaje fascynacje jego autorów - mało która scena nie jest brutalnie, a przy tym nieudolnie zerżnięta z jakiegoś ich idoli. Jako studium psychologiczne, albo jako podstawkę pod drinka (DVD świetnie się do tego nadają) -- stanowczo polecam.

25 sierpnia 2006

[FILM] The Cave

Aktorów nie piszę, bo i tak nikomu nic nie mówią (i dobrze)

[ IMDB ]

Akcja jak akcja: goście włażą do podziemnej jaskini (ładnej, zresztą), coś tam się zawala czy wybucha i nie mogą wyjść, więc szukają drogi, a w międzyczasie zjadają ich potwory.

Komentarz nasuwa mi się jeden: aaaaaaaa, co za gówno!!!

Przede wszystkim, nie trzyma się kupy. Po co? Dlaczego? Dlaczego na początku zawala się jakiś kościół z czaszkami wampirów??? (nie ma potem o tym ani słowa) Dlaczego potwory mają na sobie wytatuowane V.S.S.F., czy coś takiego? (chyba że jest to jakiś niezwykle popularny skrót, który mówi sam za siebie, nie wiem, ja nie zgadłam) Dlaczego w jaskini rozwinął się osobny ekosystem, skoro miała połączenie z jeziorem (przez które w końcu wyszli)? Po co w ogóle został nakręcony ten film??? Żeby to chociaż ciekawe było, ale gdzie tam. Tyle że na początku ładne zdjęcia pod wodą (konkretnie jedno ujęcie, no ale niech im będzie). Ogólnie, strata czasu; zero powodów, żeby się dłużej rozwodzić.

VSSF -- google mówi, że chodzi oczywiście o Vlaamse Ski and Snowboard Federatie. Ew. o
Västsvenska Simförbundet. Acronym search dodaje jeszcze Verband Schweizer Spanplatten-Fabrikanten oraz vaginal sacrospinal fixation.

Mnie najbardziej przeszkadzały dwie rzeczy. Po pierwsze, goście usiłowali budować nastrój stosując trzęsi-kamerę (nic nie widać, coś się kotłuje, ktoś krzyczy, ktoś kogoś goni, a potem sperma czy inne wydzieliny bryzgają na ekran), a po drugie, był zwyczajnie nudny. Film może być głupi, o ile akcja jest na tyle szybka i wciągająca, że się nad tym nie zastanawiasz. Ale nie może być nudny. Po trzecie... (our *three* main weapons are...) po trzecie wreszcie, po wstępie ze ślicznymi jaskiniami nawet jako-tako zbudowanym i opartym na nich nastroju skisili wszystko gumowymi lalkami, dziwnie przypominającymi Aliena (tyle, że Alien był ładny).

Oszczędzę komentarzy na temat ekosystemu (zainteresowanym polecam książkę "Dlaczego jest tak mało wielkich drapieżników", dodam tylko, że w tym ekosystemie magicznym były białe wodorosty), oraz na temat tego, w jaki sposób pasożytnicze pierwotniaki zamieniają... oooo, o mały włos zdradziłbym zaskakujące zakończenie filmu, i w ten sposób zmarnowałbym piętnaście minut napięcia (bo po piętnastu minutach już wiadomo, o co chodzi).

Oczywiście, mógłbym napisać coś więcej o München, ale łatwiej się pisze o marnych filmach.

[FILM] Munich

Eric Bana, Daniel Craig, Matthieu Kassovitz

[ IMDB ]

O co chodzi, raczej wiadomo: zabicie zakładników w Monachium w 1972 r. i zemsta Żydów, którzy starają się wytłuc odpowiedzialnych za to Arabów. Perpetuum mobile.

Niby banalny, a na mnie zrobił wrażenie. Tragedia grecka rzuciła mi się na mózg, ale odebrałam to jako film bardzo eurypidejski. Nie zawraca sobie głowy szczegółami, tylko pokazuje człowieka i wszystkie wydarzenia z jego perspektywy... I to bardzo udatnie pokazuje. Konflikt tragiczny też jest, a jakże - wszystko źle... Mimo braku szczegółów typowych dla filmu akcji (kto to jest Louis? Co za grupa? Czy ci Arabowie rzeczywiście byli odpowiedzialni za zamach, czy ktoś reguluje własne rachunki? Itd.) Spielbergowi udało się doskonale ustawić punkt ciężkości tak, że te szczegóły stają się zbędne. Nie wiem, jak to określić, nie jestem krytykiem, ale nie miałam wrażenia braku czegokolwiek, a jednocześnie nie można powiedzieć, że jest to film wyłącznie o dramacie ludzkiej egzystencji. Do tego bywa czasem zabawny na swój sposób. I ma parę takich scen, które siedzą w głowie i nie dają się wyrzucić ("Mógłbyś być moim synem, ale jednak pamiętaj, że nie jesteś nikim z rodziny...") Ogólne wrażenie: mocny na swój przedziwny sposób.

21 sierpnia 2006

[FILM] Inside Man

Denzel Washington, Willem Dafoe, Jodie Foster

[ IMDB ]
Chodzi o napad na bank. Goście biorą zakładników, przebierają wszystkich w takie same stroje, żeby nie można było rozpoznać, kto jest kto, i siedzą w tym banku. Potem wszyscy wychodzą i rzeczywiście nie wiadomo, kto jest kto. Przez cały film przewijają się przesłuchania wszystkich po kolei, które nic oczywiście nie dają.

Wic polega na tym, że z banku nie ginie żadna kasa, tylko coś jednego ze skrytki prezesa rady nadzorczej. On się rzecz jasna nie chce przyznać, co tam było. W rezultacie policja nie ma punktu zaczepienia, bo nikt nie zginął, niczego nie ukradli, czyli sprawy jakby nie było.

Fajny film. Bardzo zabawny przede wszystkim. Poza tym strasznie podobał mi się sposób, w jaki filmowali Nowy Jork. Nie przypominało to w niczym normalnych amerykańskich filmów; widać tylko jakieś ohydne zakamary, brudne i ponure, przy czym w jakiś tajemniczy sposób czuje się, że cała akcja dzieje się na Manhattanie i że zaraz za rogiem zaczynają się szpanerskie ulice itd. Dialogi genialne, zwłaszcza z przesłuchań. I pomysł ogólnie bardzo fajny, chociaż to już gdzieś było. No i źle się kończy, a to już bardzo dużo.

E tam źle -- zgodnie z konwencją dobrze. Zło zostaje pokonane, ci dobrzy zwyciężają itd...
Fajne teksty. Cięte, dość inteligentne dialogi. Ot, takie smaczki, dzięki którym film nie jest sztampowy.