Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

02 stycznia 2007

Lemowy niezbędnik




Kupiłem sobie książkę z
opowiadaniami Lema dobranymi podług popularności wśród czytelników. Niby mam chyba całą prozę, którą Lem opublikował, wliczając w to niektóre wcześniejsze lub nie wznawiane książki, ale niestety nie pod ręką. I oto okazuje się, że nie myliłem się licząc na swoją przeciętność -- większość z nich to także moje ulubione opowiadania. Trochę z Cyberiady, trochę z Próżni Doskonałej, trochę z Ijona Tichy'ego, trochę z Pirksa. Rozkosznie się to czyta, nawet co bardziej archaiczne kawałki "Terminusa". Cudny "Kongres Futurologiczny". W sumie cieszę się, że od tak dawna żadnego Lema nie czytałem. Trochę tak jak w pewnej anegdocie:

Mój brat jakoś przegapił w życiu kilka opowiadań Lema. Pewnego dnia zorientował się, że mam w zbiorku coś czego nie zna. Popatrzył pożądliwie, ale Junior biegał po mieszkaniu, więc nie było odpowiednio godnych warunków.
- Wiesz co, ja pożyczę, i przeczytam u siebie w domu.
- Jasne.
- Albo najlepiej pojedź ze mną, odwiozę cię potem.
W domu, wieczorem, wziął w obie dłonie książkę, usiadł powoli w fotelu...
- Nie - mówi - Najpierw położymy małego spać.
Położyliśmy. Wytarł ręce, usiadł, książka już na kolanach.
- Dołożę do pieca.
Dołożył. Zamknął drzwiczki. Wytarł ręce, usiadł. Jeszcze coś nie grało. Posłuchał, posłuchał, wstał i wyłączył komputer, żeby wentylator nie szumiał. Otworzył książkę. Popatrzyłam na niego i zaraz wyszłam do kuchni.
Włączyłam sobie cichutko radio, i czekałam. Wreszcie przyszedł.
- Przepraszam, ale nowy Lem... po tylu latach.
(Dorota Guttfeld)

Fakt, nic nie jest doskonałe. Zamiast "Terminusa" wolałbym "Ananke"; zamiast "Jak Erg Samowzbudnik bladawca pokonał" - "Ofertę Króla Okrycyusza" ("To my, trociny"). A zamiast "Non serviam" (jedno, co uważam w gruncie rzeczy za strasznie nudne w tym całym wyborze) - któreś z opowiadań, które nie było częścią cyklu, np. "137 sekund".

P.S. Zaraz mnie SZLAG trafi - Opera i Blogger się chyba nie znoszą.

08 września 2006

[Książka] Pharmakon -- Robin Cook

No, jak to Cook - medical thriller.

Tym razem chodzi o koncern farmaceutyczny, który a) w czasie wycieczek statkiem robi pranie mózgu lekarzom, żeby dla niego pracowali, b) prowadzi klinikę, gdzie dokonuje się aborcji niezależnie od wskazań, żeby mieć płody do badań. Oczywiście główny bohater, wyjątkowy idiota zresztą, wyjawia cały spisek, biorąc udział w takiej wycieczce (btw: jedyny emocjonujący moment w całej książce: bohater na statku [!] ucieka przed goniącymi go ze strzykawkami w rękach oprawcami koncernu. Z braku lepszego pomysłu ucieka na komin rzeczonego statku. I tu już czytałam jednym tchem: *jak* oni z tego zrobią autobus??? Bo że ucieknie, to wiadomo.), po czym z dowodami w ręku biegnie do tatusia, który przypadkiem pracuje w instytucji dopuszczającej leki do sprzedaży. W ogóle takich przypadków jest w tej książce tyle, że gdyby to był tekst starożytny, uznanoby go za fałszywkę, bo żaden szanujący się autor tylu rzeczy by nie sp... zepsuł. No nic. W sumie, zwykły thriller Cooka - jak chipsy szczypiorkowo-śmietankowe: i ciekawe, i mdłe. Ilekroć go czytam, znaczy Cooka, jestem przekonana, że ma on taki szablon z tekstem, do którego wpisuje tylko w wykropkowane miejsca imiona, opisy i niektóre realia. Poza tym - widziałeś jeden, widziałeś wszystkie.

Co do tej konkretnej książki - nnnie do końca przemyślałam wybór lektury. Matka małego dziecka nie powinna czytać o aborcjach na 18-tygodniowych płodach, gdzie szczegółowo opisane jest, jak laska włażąc na krzesło ginekologiczne czuje, jak to dziecko się rusza - BRRRR!!! Gdyby nie przekonanie, że to wszystko totalny idiotyzm, na pewno nie mogłabym spać. Chociaż, trzeźwo rzecz biorąc, niektóre artykuły w polskiej prasie nt. traktowania dzieci vel płodów w naszej służbie zdrowia są dużo, dużo, dużo bardziej makabryczne.

31 sierpnia 2006

[Książka] The Hyde Effect

Steve Vance

Facet wnerwia indianiańskiego czarownika ("Franek, jak nazywała się ta wioska w której nazwałeś czarownika oszustem?") , i zostaje zamieniony w wilkołaka. W komplecie jest nawet naukawe wyjaśnienie (cośtam o infekcjach i bakteriach i fazach księżyca).

Dwa słowa: Nie czytać. Narracja kompletnie nie trzyma się kupy, kilka nabitych strzelb które nigdy nie wypalają, niektóre wątki ni przypiął, ni przyłatał. No i przede wszystkim -- kompletnie niczemu to nie służy. W całej książce chyba tylko jedna postać nie jest papierowa.

Mam jeszcze zaległy "Thud!" Pratchetta, ale chwilowo nie mam weny.

28 sierpnia 2006

[Książka] Baltazar

Mam mieszane uczucia -- lektura dość ponura w kontekście tego, jak językiem posługiwał się Mrożek, a jak pisze Baltazar (trzymam się słów autora, wedle których tamtego człowieka -- Mrożka -- już nie ma). Język jest dość toporny -- ale tu i ówdzie trafia się perełka. Trzeba przeczytać.

Ja też uważam, że trzeba koniecznie. Przede wszystkim, znakomity zimny prysznic dla tzw. krakówka - z tej opowieści wyłania się obraz ponury, antypatyczny i ogólnie odstręczający. Ślicznie podsumował to Baltazar, natrząsając się z pomysłu utworzenia muzeum na Krupniczej 22.
Dodatkowa refleksja odnośnie tytułowej postaci - również tu został mi w oczach obraz antypatycznego mizantropa, którego naprawdę nie miałabym ochoty poznać nawet po dwóch flaszkach wódki o czwartej rano na Plantach. Intuicyjnie - zaskakujące, na logikę - logiczne, w sumie. Im więcej czytam różnych autobiografii (a odkryłam ostatnio, że lubię), tym częściej dochodzę do wniosku, że osoby pod pewnym względem wybitne przeważnie pod innymi względami okazują się dość antypatyczne. Nie potrafię podać przykładów, bo nie pisałam jeszcze wtedy bloga, więc niech ten będzie pierwszy. Ach prawda - Lem. Niemal identyczny przykład.

22 sierpnia 2006

[Książka] The Terminal Man -- Michael Crichton

Krótka, nieźle napisana książka. Fabuła medyczno-naukowo-komputerowa.

Możnaby pomyśleć, że trzydzieści pięć lat to dużo czasu jak na taką tematykę -- i że książka o tym, jak facetowi wszczepiają implant kontrolujący zachowanie, bardzo się przez te trzydzieści pięć lat zestarzeje. A tu proszę -- Crichton potrafi. I to nie dlatego, że w książce Chodzi O Coś Innego, a komputery i implanty to tylko scenografia (bo nie chodzi, głębi za dużo nie ma, jest głębia pozorna tu i ówdzie), a ludzie przecież Się Nie Zmieniają. Crichton porządnie zbadał temat i większość tego, co napisał w 1971, była oparta na dobrze udokumentowanych badaniach naukowych. Nie snuł fantazji o komputerach gadających ludzkim głosem, które przeterminowałyby się dwa miesiące po ukazaniu się książki drukiem. Akcja mogłaby się dziać współcześnie, i tylko zamiast terminalów na biurkach stałyby zwykłe komputery. Więcej -- paranoja tytułowego bohatera (który wierzy w to, że komputery przejmują Ziemię) -- byłaby bardziej wiarygodna.

Tyle jeśli o "warstwę sf" (sf raczej nie ma, ale to czytelnicy sf mają tendencję do zwracania uwagi na detale typu "czy model 823 komputera VSUX220 mógł mieć PDP 6.0 w 1971?"). W warstwie pisarskiej - żadnych niespodzianek. Czyta się dobrze, Crichton potrafi znakomicie oddać motywacje i osobowości naukowców / lekarzy, niektóre obserwacje są bardzo celne, ale poza tym - nic szczególnego. Pointy raczej brak.