23 kwietnia 2011

Ciasto na mazurki

150g mąki krupczatki, 150g mąki tortowej, 200g masła, 100g cukru-pudru, 4 ugotowane żółtka (nie trzeba gotować całych jajek, można wrzucić na gotującą się wodę samo żółtko).

Żółtka przetrzeć przez sito. Mąkę posiekać z masłem, dodać cukier puder, żółtka i zagnieść ciasto. Wstawić do lodówki.

02 stycznia 2010

Crème brûlée

Litr śmietanki kremowej
10 żółtek
kilka łyżek cukru do masy
esencja waniliowa do smaku
szklanka cukru na karmelową skorupkę

(10 żółtek i litr śmietany -- wbrew pozorom, wcale nie jest tego bardzo dużo; z tego wychodzi kilka porcji -- 7-8)

Ubić żółtka, ale nie puszyście, dodać cukier do masy (dwie łyżki cukru z oryginalnego przepisu to zdecydowanie mało -- może cukier waniliowy?), nie zapomnieć o esencji waniliowej, bo inaczej jest niedobre. Dolać śmietanę, wymieszać i rozdzielić na porcję. Krem nie powinien być puszysty / piankowaty, ale przeciwnie, błyszczący i gęsty. To się bardzo szybko robi, większość czasu zajmuje rozbijanie i rozdzielanie jajek.

Piec w piekarniku w 100°C przez ok. 50 minut (na ostatnie dziesięć minut zwiększyłem temperaturę do 150°C; Anielka podaje 150°C od początku). Z wierzchu krem powinien być złotawy, ale nie brązowy. Wystudzić i wsadzić na kilka godzin do lodówki (nam zastygł przez noc).

Niedługo przed podaniem posypać porcje cukrem i skarmelizować go za pomocą palnika (nie udała się próba karmelizacji przy pomocy nagrzanego piekarnika, jak to zaleca Anielka). Na to potrzeba ok. kwadransa.

wg. Anielki

23 grudnia 2009

Barszczyk prosty, niefermentowany

Buraki umyć, obrać, pokroić w półtalarki. Zasypać równą ilością soli i cukru (łyżka soli, łyżka cukru na kilogram buraków). Zostawić na noc (albo najmniej na dwie godziny). Zalać wodą (żeby przykryło) i gotować 30 min. Zostawić do wystudzenia (im dłużej, tym lepiej). Odcedzić.

Dodać wywar z jarzyn / rosół z kostki itp, czosnek, zakwasić kwaskiem cytrynowym lub cytryną. Presto.

13 grudnia 2009

Bezy

Skoro już jesteśmy na fali: bezy.
pięć białek
szklanka cukru
Białka ubijać mikserem, dosypując co jakiś czas cukru. Kiedy będzie na tyle sztywne, żeby się dało nakładać łyżeczką, nakładać łyżeczką na papier do pieczenia. Temperatura 120°, 2 godziny - bez się nie piecze, bezy się suszy. PYCHA.
Wersja dla dzieciatych: nie dawać dzieciom, bo zeżrą wszystko :)

Ciasteczka improwizowane

Heh. Zwykle bywa tak, że zostają białka z jajek, z którymi nie ma co zrobić - a u nas dziś na odwrót, bo tata robił obiecane od tygodni bezy i zostało pięć żółtek. Upiekliśmy zatem improwizowane kruche ciasteczka i okazało się, że są to najlepsze ciasteczka świata! Robi się tak:
5 żółtek
pół kilo mąki
kostka masła
3/4 szkl. cukru
pół łyżeczki proszku do pieczenia
No i dalej wiadomo: mąkę usiekać z masłem, dodać resztę, zagnieść, rozwałkować, wykonać ciasteczka, piec w 180° na złoty kolor.
Wersja dla dzieciatych: przed przystąpieniem do pracy zapakować dzieci w kaftany bezpieczeństwa i odstawić do szafy.

16 lutego 2007

Ryba pod spleśniałą pierzynką

Ten przepis jakoś mi się tak wyobraził, kiedy szłam z synkiem na spacer. Rzeczywiście, pyszny wyszedł. Dla dwóch osób potrzeba do niego:

niewątpliwie ryby (obojętne jakiej, po dwa filety na głowę)
ca. 200 g szpinaku
2 ząbki czosnku
150 g gorgonzoli (lub jakiegoś podobnego sera)
kubek śmietany do ubijania (30%)
ryż

Rybę (jeśli mrożona, rozmrozić) pokroić na kawałki (żeby się wygodnie nakładało), posypać mąką i obsmażyć na złoto. Szpinak doprawić czosnkiem, solą i czym tam kto lubi - musi mieć wyraźny smak. Ser pokruszyć lub pokroić w drobną kostkę. Śmietanę ubić na sztywno i wymieszać z serem. W żaroodpornym naczyniu ułożyć warstwę szpinaku, rybę, potem przykryć to wszystko śmietaną z serem; posolić i popieprzyć. Wsadzić do pieca na jakieś 170 stopni na czas gotowania ryżu. Tłuste takie wychodzi, więc ryżu musi być sporo!

09 lutego 2007

Paprykowa carbonara

Jest to danie podpatrzone w jakimś programie kulinarnym, bodajże "Cool kochen mit Tim Malzer", ale nie wiem dokładnie. Nieco je zmodyfikowałam, więc podaję tu moją wersję (dla dwóch głodomorów albo trzech normalnych osób):

1 średnia cebula
2 czerwone papryki
6 łyżek ajvaru (czyli paprykowej pasty w słoiku; jeśli jest wybór - ostry!)
100 ml rosołu z kostki
ok. 100 g szynki w rodzaju parmeńskiej (nikt normalny nie wrzuca prawdziwej szynki parmeńskiej do sosu... ;-))(chyba że jest normalnym milionerem)
pół kubeczka słodkiej śmietany
parmezan do smaku (ze trzy łyżki)
makaron (pół paczki na dwie osoby; ja lubię taki gruby, rurki np., ale spaghetti też może być)

Postawić wodę na makaron.
Cebulę i paprykę pokroić w paski i podsmażyć na oliwie, żeby zmiękły. Dodać ajvar,
rosół i pokrojoną w paski szynkę. Wymieszać i niech się dusi. (trzeba to robić na dużej patelni ew. w garnku!)
Ugotować makaron, wsypać go do patelni, wymieszać porządnie. Dolać śmietany, posypać parmezanem, wymieszać i podgrzać, żeby było gorące.
W oryginalnym przepisie do śmietany dodawali jeszcze żółtko, ale jakoś za nim nie tęsknię, więc po co...
Nie wiem, czemu my to tak lubimy, ale jest pyyyyszne! (zdjęcia nie ma: za szybko znika)

29 stycznia 2007

Pizza Weinerów krok po kroku

Ponieważ robienie pizzy jest dla nas równie naturalne, co robienie kupy, od dawna już nie zastanawiamy się nad ilością czy jakością składników (pochodzi to z czasów, kiedy cierpieliśmy na pewne, ehem, niedobory finansowe i jedliśmy wyłącznie pizzę i makaron). Ostatnio jednak dowiedziałam się, że zaczynanie przepisu od hasła "zrobić zwykłe ciasto na pizzę" to naigrywanie się z czytelników i pizzę robi się długo i skomplikowanie. Nic podobnego. Robimy pizzę, jak nie chce nam się gotować i/lub nie mamy kasy, a nasz przepis krok po kroku wygląda tak (jest to porcja dla dwóch żarłoków albo czterech normalnych osób):

Ciasto
1. Nalać 2/3 szklanki ciepłej wody, wrzucić do niej 30 g drożdży i łyżeczkę cukru; wszystko wymieszać, aż drożdże się rozpuszczą i zostawić w spokoju.
2. Włączyć grzanie w piekarniku na 50 stopni, wyjąć z niego blachę i wyłożyć ją papierem do pieczenia.
3. Wyjąć sporą miskę oraz mikser z końcówkami do ciasta (punkt ten dotyczy osób, które a. są leniwe, b. mają mikser; cała reszta wyrabia ciasto rączkami na blacie). Wsypać do rzeczonej miski 1/3 worka mąki (ok. 300-400 g), chlupnąć 3 łyżki oliwy oraz posolić.
4. Drożdże powinny już zacząć rosnąć, czyli puszczać bańki lub się pienić. Jeśli nie, poczekać, aż zaczną; jeśli tak, wlać zawartość szklanki do miski. Wyrabiać ciasto mikserem, aż zrobi się gładkie i będzie takie... ciapowate... dosypując mąki lub dolewając wody, zależy. Powinno odchodzić od ścianek miski, ale nie za bardzo. Może być też twardsze, wtedy nie przyczepia się do miski, tylko tworzy kulkę, ale miękkie ładniej i szybciej rośnie.
5. Na papier, który leży na blasze, nalać trochę oliwy i rozsmarować łapami równomiernie. Następnie tymi naoliwionymi łapami wyjąć ciasto z miski, odrywając od ścianek i formując ładną kuleczkę - z tą oliwą na rękach się nie przyczepia, mimo że jest bardzo miękkie. Wywalić je na papier i rozklepać na całości (dla tradycjonalistów: okrągła pizza jest śliczna, a prostokątna -- większa).
6. Wsadzić do pieca i wyłączyć grzałkę. Może tam siedzieć do uśmiechniętej śmierci, ale zwykle wystarczy czas, kiedy będziemy przygotowywać składniki zasadnicze.

Składniki
Podstawowym składnikiem większości pizz są sos pomidorowy i żółty ser. Kiedyś obliczyliśmy, ile kosztuje najtańsza pizza dla dwóch osób, ale już nie pamiętam. W wersji dla niezamożnych: ciasto smaruje się koncentratem pomidorowym rozcieńczonym wodą w proporcji ca. 2:1, na to wrzuca się np. pieczarki i posypuje żółtym serem. Można zrobić pizzę pt. "wiosenne porządki w twojej lodówce". Można zrobić pizzę ze szpinakiem, wtedy zamiast koncentratem p. ciasto smaruje się gęstą śmietaną (optymalnie creme fraiche), soli, pieprzy, na to daje szpinak wymieszany z czosnkiem, a na to wreszcie ser. Jak kto lubi, może posypać kostkami boczku albo szynki. Natomiast ulubiona, Dwuczęściowa Pizza Weinerów wygląda tak:
połówka nr 1
koncentrat pom., anchovis (lub krewetki), ser pleśniowy (lub camembert), mozarella, ser żółty, zioła prowansalskie
połówka nr 2
koncentrat pom., boczek, szynka, czerwona papryka (ew. cebula), mozarella, żóty ser, ostra papryka

Pizzę najlepiej piecze się w piekarniku nagrzanym na maksa, ok. 15 min. Raczej nie na termoobiegu, bo wysycha, optymalnie grzanie góra+dół.

Ot i cała skomplikowana robota.

02 stycznia 2007

Karmelówka



Ten przepis jest oparty o przepis na karmelówkę ze stron kobieta.gazeta.pl.

  • Pierwszy etap. Garść migdałów (w skórce), rodzynek, kilka obłupanych orzechów włoskich i jedną trzecią laski wanilii zalałem 100 ml białego rumu (38%).
  • Za miesiąc zamierzam zlać zaprawę, dodać karmelu, wódki i brandy, zgodnie z instrukcją z oryginalnego przepisu.
Za miesiąc

Przefiltrowaliśmy i zlaliśmy według oryginalnego przepisu. Trochę po drodze wypiliśmy. Takie dziwne było, ale zakorkowaliśmy grzecznie i poczekaliśmy następny miesiąc. Nie do wiary, ale rzeczywiście zmienia smak!! Wprawdzie nic rewelacyjnego nie wyszło -- ot, karmelówka, znaczy się alkohol smakujący karmelem -- ale i tak super, jak na krótki czas robienia się. Wszyscy mówili, że słodkie i świństwo, ale z początkowych trzech litrów zostały może dwa kieliszki... Podsumowując: nie wiem, czy warto. Jak kto lubi słodki alkohol, może i warto. Jak nie -- nie warto.
Czekamy z niecierpliwością na wino pomarańczowe. Chwilowo zajmuje nas kwestia dębowych kołków -- skąd???

Lemowy niezbędnik




Kupiłem sobie książkę z
opowiadaniami Lema dobranymi podług popularności wśród czytelników. Niby mam chyba całą prozę, którą Lem opublikował, wliczając w to niektóre wcześniejsze lub nie wznawiane książki, ale niestety nie pod ręką. I oto okazuje się, że nie myliłem się licząc na swoją przeciętność -- większość z nich to także moje ulubione opowiadania. Trochę z Cyberiady, trochę z Próżni Doskonałej, trochę z Ijona Tichy'ego, trochę z Pirksa. Rozkosznie się to czyta, nawet co bardziej archaiczne kawałki "Terminusa". Cudny "Kongres Futurologiczny". W sumie cieszę się, że od tak dawna żadnego Lema nie czytałem. Trochę tak jak w pewnej anegdocie:

Mój brat jakoś przegapił w życiu kilka opowiadań Lema. Pewnego dnia zorientował się, że mam w zbiorku coś czego nie zna. Popatrzył pożądliwie, ale Junior biegał po mieszkaniu, więc nie było odpowiednio godnych warunków.
- Wiesz co, ja pożyczę, i przeczytam u siebie w domu.
- Jasne.
- Albo najlepiej pojedź ze mną, odwiozę cię potem.
W domu, wieczorem, wziął w obie dłonie książkę, usiadł powoli w fotelu...
- Nie - mówi - Najpierw położymy małego spać.
Położyliśmy. Wytarł ręce, usiadł, książka już na kolanach.
- Dołożę do pieca.
Dołożył. Zamknął drzwiczki. Wytarł ręce, usiadł. Jeszcze coś nie grało. Posłuchał, posłuchał, wstał i wyłączył komputer, żeby wentylator nie szumiał. Otworzył książkę. Popatrzyłam na niego i zaraz wyszłam do kuchni.
Włączyłam sobie cichutko radio, i czekałam. Wreszcie przyszedł.
- Przepraszam, ale nowy Lem... po tylu latach.
(Dorota Guttfeld)

Fakt, nic nie jest doskonałe. Zamiast "Terminusa" wolałbym "Ananke"; zamiast "Jak Erg Samowzbudnik bladawca pokonał" - "Ofertę Króla Okrycyusza" ("To my, trociny"). A zamiast "Non serviam" (jedno, co uważam w gruncie rzeczy za strasznie nudne w tym całym wyborze) - któreś z opowiadań, które nie było częścią cyklu, np. "137 sekund".

P.S. Zaraz mnie SZLAG trafi - Opera i Blogger się chyba nie znoszą.

31 grudnia 2006

Przetwór, czyli bakłażany na ostro

Przetwór ten robi się szybko, stoi krótko, a przyjemność wieeeelka. Otóż:

4 bakłażany (ca. 1 kg)
7 łyżeczek soli
dwie szklanki octu (balsamicznego, działa świetnie)
7 ząbków czosnku
3 ostre papryczki (w jakiejkolwiek postaci, byle sakramencko ostre)
3 łyżeczki oregano
2 szkl. oliwy z oliwek

Bakłażany pokroić w plastry (ca. 2 cm grubości), posypać solą i włożyć do miski; obciążyć deseczką i naczyniem z wodą i zostawić na 24 godziny (żeby puściły sok). Potem wyjąć z miski i osuszyć, najlepiej wkładając w papierowy ręcznik. Włożyć z powrotem do miski, zalać octem i poczekać 5 min. Znów osuszyć. Czosnek i papryczkę pokroić w plasterki (papryczkę bez pestek!). Znaleźć odpowiednie naczynie, np. duży słoik, i układać warstwami: bakłażany, czosnek z papryczką, oregano, bakłażany itd. Ugnieść, żeby uszło z nich powietrze. Zalać oliwą tak, żeby było wszystko przykryte, po czym dolać ocet balsamiczny. Zamknąć i zostawić na co najmniej trzy tygodnie.

No więc zrobiłam jw., po czym stało toto u nas rok, bo nikt nie odważył się otworzyć słoika. Kiedy już otworzyliśmy, zniknęło w tydzień, takie było pyyyyszne!!! Nadaje się jako dodatek do mięsa, do kanapek, do sałaty, krótko mówiąc: do wszystkiego, a to płynne coś znakomite jako dodatek do sałatowych sosów. Ostre jak jasna cholera i chrupie w zębach. Poza tym, słoik szpanersko wygląda :-)

Pollo pepetoria, czyli kura w migdałach

Jest to przepis Soni, która ma go skądś. Dość drogi, ze względu na pinię, ale warto! Potrzeba do tego:

500 g cycków z kury
100 g migdałów (najlepiej takich w plasterkach, ale wszystko jedno)
100 g orzeszków pinii
dwie posiekane cebule
3 ząbki czosnku
troszkę mąki, soli i pieprzu
szczyptę ostrej papryki
szklankę białego wina
pół szklanki śmietany (słodkiej)

Migdały, jeśli są w skórce, wrzucić na chwilę do wrzątku, po czym obrać ze skórek. Wrzucić na patelnię bez tłuszczu i zbrązowić. To samo zrobić z orzeszkami pinii. Kurczaka pokroić w kostkę, wytarzać w mące i obsmażyć na oliwie na złoto. Cebulę zeszklić, dodać zmiażdżony czosnek, potem dodać migdały i orzeszki. Doprawić papryką i solą, zmielić. (Znakomicie sprawdza się końcówka siekająca do miksera, jeśli nie wyrabia - dodać odrobinę białego wina, na pewno nie zaszkodzi. Jak kto ma, wrzucić wszystko do malaksera i zmielić). Wrzucić w toto kurę, wino, śmietanę, i grzać na słabym ogniu ok. 20 min. Podawać z ryżem albo czym tam kto lubi, na zimno albo i na ciepło. Pycha!!!

Hamburgery

Hamburgery własnej roboty nie mają wiele wspólnego z tymi serwowanymi w jednej z dużych sieci franchisingu. Bardziej przypominają coś, co serwują w takich obleśnych budkach na ulicach w Szwecji albo w dobrych restauracjach w Stanach. Są olbrzymie i ociekające tłuszczem; na ich widok wątroba składa wymówienie i szuka nowej pracy.

500g mielonego (mieszanego albo wołowego), 4 duże bułki do hamburgerów, 200g boczku wędzonego, ser żółty w Ilości Wystarczającej (cztery przyzwoite plastry), 1 cebula, ew. ogórki konserwowe, musztarda (ostra, oczywiście), keczup.

  • boczek pokrajać na cieniutkie plasterki i przysmażyć na dość rozgrzanej patelni z odrobiną tłuszczu
  • mięso przyprawić pieprzem, solą i tabasco. Podzielić na cztery części
  • z mięsa robić cieniutkie placki (w czasie smażenia ściągają się i grubną), omączyć je delikatnie i smażyć na tłuszczu spod boczku. Ponieważ najczęściej nie mieszczą się w całości na patelni, smażę je po kolei
  • bułki przekroić na pół, jedną część posmarować keczupem, drugą musztardą. Są dwie szkoły. Albo smaruje się musztardą doły, a keczupem góry (bułek), albo odwrotnie.
  • no dolnych częściach bułek położyć kotleciki, plastry sera, boczku, cebuli, ogórków, przykryć górą od bułki.
  • Hamburgery wsadzić na 15 minut do pieca nagrzanego do ok 100 stopni

Tapenada

Znów nieoceniony Herve This.

Tapenada to pasta z oliwek, anchovis i kaparów, pyszna np. na chlebie toastowym.

50 g zielonych oliwek, 50 g kaparów, 200 g czarnych oliwek, kilka (10) filetów z anchovis, 1-2 ząbki czosnku, sok z jednej cytryny.

  1. Zmielić zielone oliwki z kaparami i sokiem z cytryny.
  2. Dodać czarne oliwki, zmielić ponownie.
  3. Dodać anchovis i rozgnieciony czosnek, mielić dalej.
  4. Stopniowo dodawać oliwę. Mielić tak długo, aż będzie dość jednorodna emulsja, nie za gęsta, ale i też nie całkiem płynna.
Pasta ma niezbyt apetyczny kolor, ale jest pyszna.

Wino pomarańczowe


Przepis jest z książki Herve This-Benckharda (który z bliżej mi nieznanych przyczyn po francusku publikuje jako Herve This), która się tu już pojawiała i pewno nieraz się jeszcze pojawi. Wykonanie wina zajmuje ok. roku, z którego to czasu upłynął dopiero jeden dzień, więc na razie podam przepis jak jest w książce, i na bieżąco będę dodawał modyfikacje.

  1. Etap pierwszy, czyli nalewka. Potrzeba: 4 gorzkie pomarańcze, jedna cytryna (wszystko niepryskane!), cynamon, goździki, alkohol (obstbrand).

  2. Umyć owoce, włożyć do butli ok. 2 litrowej, wrzucić kawałek cynamonu i ze dwa goździki, i zalać alkoholem.

    Pomarańczy gorzkich (zimowych), o jakich pisze autor, chyba w Niemczech nie ma. Wzięliśmy więc czerwone pomarańcze, oczywiście z eko-sklepu.

    Co do alkoholu, to w niemieckim tłumaczeniu This-Benckharda jest "Obstbrand", czyli pewnie jakikolwiek bimber z owoców. Kupiliśmy niemiecki, 38% "obstwasser" z gruszek i jabłek. Liczę na to, że sztuczny zapach tego płynu zostanie brutalnie złamany olejkami ze skórek cytrusów.

  3. Etap drugi opiszę jednak dopiero gdy do niego dojdzie. Z grubsza, miesza się nalewkę z pięcioma flaszkami białego wina i pół kilo cukru, rozlewa do flaszek w których jest kawałek drewna dębowego (z braku dębowych antałków) i leżakuje jeszcze przez kilka miesięcy.

Na razie nalewka prezentuje się bardzo imponująco.

No to jedziemy...

Dawno się jakoś nic tu nie pojawiało, ale (a) jednak ktoś czasem to czyta oraz (b) jak nie zapisuję, to nie pamiętam co oglądałem, jadłem bądź czytałem, więc chyba postaram się bardziej regularnie coś pisać. I nawet jak nie będę miał czasu, żeby coś napisać o książkach / filmach / etc., to może przynajmniej zapiszę sobie tytuły. Lepiej byle jak, niż wcale (nie pisałem, bo "to trzeba by przysiąść i porządnie napisać", a na to nie ma czasu, ochoty ani sił).

No, no: ochota to jest, i zamiar jest, tylko z czasem jakoś się ciasno zrobiło. Szkoda. To chyba objaw starości (raczej dzietności).

08 września 2006

[Książka] Pharmakon -- Robin Cook

No, jak to Cook - medical thriller.

Tym razem chodzi o koncern farmaceutyczny, który a) w czasie wycieczek statkiem robi pranie mózgu lekarzom, żeby dla niego pracowali, b) prowadzi klinikę, gdzie dokonuje się aborcji niezależnie od wskazań, żeby mieć płody do badań. Oczywiście główny bohater, wyjątkowy idiota zresztą, wyjawia cały spisek, biorąc udział w takiej wycieczce (btw: jedyny emocjonujący moment w całej książce: bohater na statku [!] ucieka przed goniącymi go ze strzykawkami w rękach oprawcami koncernu. Z braku lepszego pomysłu ucieka na komin rzeczonego statku. I tu już czytałam jednym tchem: *jak* oni z tego zrobią autobus??? Bo że ucieknie, to wiadomo.), po czym z dowodami w ręku biegnie do tatusia, który przypadkiem pracuje w instytucji dopuszczającej leki do sprzedaży. W ogóle takich przypadków jest w tej książce tyle, że gdyby to był tekst starożytny, uznanoby go za fałszywkę, bo żaden szanujący się autor tylu rzeczy by nie sp... zepsuł. No nic. W sumie, zwykły thriller Cooka - jak chipsy szczypiorkowo-śmietankowe: i ciekawe, i mdłe. Ilekroć go czytam, znaczy Cooka, jestem przekonana, że ma on taki szablon z tekstem, do którego wpisuje tylko w wykropkowane miejsca imiona, opisy i niektóre realia. Poza tym - widziałeś jeden, widziałeś wszystkie.

Co do tej konkretnej książki - nnnie do końca przemyślałam wybór lektury. Matka małego dziecka nie powinna czytać o aborcjach na 18-tygodniowych płodach, gdzie szczegółowo opisane jest, jak laska włażąc na krzesło ginekologiczne czuje, jak to dziecko się rusza - BRRRR!!! Gdyby nie przekonanie, że to wszystko totalny idiotyzm, na pewno nie mogłabym spać. Chociaż, trzeźwo rzecz biorąc, niektóre artykuły w polskiej prasie nt. traktowania dzieci vel płodów w naszej służbie zdrowia są dużo, dużo, dużo bardziej makabryczne.

31 sierpnia 2006

[Książka] The Hyde Effect

Steve Vance

Facet wnerwia indianiańskiego czarownika ("Franek, jak nazywała się ta wioska w której nazwałeś czarownika oszustem?") , i zostaje zamieniony w wilkołaka. W komplecie jest nawet naukawe wyjaśnienie (cośtam o infekcjach i bakteriach i fazach księżyca).

Dwa słowa: Nie czytać. Narracja kompletnie nie trzyma się kupy, kilka nabitych strzelb które nigdy nie wypalają, niektóre wątki ni przypiął, ni przyłatał. No i przede wszystkim -- kompletnie niczemu to nie służy. W całej książce chyba tylko jedna postać nie jest papierowa.

Mam jeszcze zaległy "Thud!" Pratchetta, ale chwilowo nie mam weny.

30 sierpnia 2006

[ Film ] Alien Resurrection

Mam mieszane uczucia ilekroć oglądam ten film. Niby wszystko z osobna mi się podoba. Aktorzy - świetne mordy; Pinon, Pearlman, Weaver im starsza, tym lepsza. Reżysera bardzo lubię. Filmowanie mi się podoba. Kilka dobrych dialogów. Nawet cała historia trzyma się kupy i w ciekawy sposób rozwija relacje między Ripley a Alienami.

A mimo to - marne to dzieło. I nie chodzi mi nawet o niemożebności czy głupstwa dotyczące "science" - "fiction" się bez "science" obywa, a zarówno Ridleyowi Scottowi, jak i Cameronowi takie detale jak trzymanie się praw fizyki czy nudnego pragmatyzmu nie przeszkadzały w zrobieniu świetnych filmów.

Co mnie osobiście najbardziej przeszkadza, to krzywda, jaką wyrządzono Alienom. Te piękne stworzenia literalnie umoczono w gównie. Dosłownie: gniazdo Alienów z Resurrection wygląda jakby było umieszczone w Centralnym Zbiorniku Nieczystości USM Auriga. Porównajcie chociażby gniazdo Obcych z "Aliens" (które jest po prostu piękne, wijące się Alieny wyglądają jak żywe reliefy) i gniazdo Obcych z "Alien:Resurrection" (a.k.a. Kloaka). Zwykłe, ohydne, krwiożercze bestie, jak z pierwszego lepszego filmu klasy U z kreską.

Camemberty panierowane

Też łatwe, robi się w kwadrans. Camemberty mają być nieduże, możliwie płaskie. Obsmarować rozbitym jajkiem (można dodać trochę mleka). Potem obtoczyć w tartej bułce i usmażyć na wolnym ogniu. Nie powinny się przypalić, za to powinny być całkiem płynne (trzeba uważać, żeby w trakcie smażenia nie przebić skórki). Podawać z brusznicami.

Z reszty jajka i tartej bułki można zrobić kotleciki i też obsmażyć, tylko pamiętać o posoleniu i popieprzeniu (o czym notorycznie zapominam).